
ROZWÓD – WALKA, CZY WSPÓLNE ZAŁATWIENIE SPRAWY?
Rozwód – walka czy wspólne rozwiązanie sprawy? Polacy są dość emocjonalnym narodem. Widać to nie tylko na weselach, ale i podczas rozwodów. Na weselach jest to całkowicie zrozumiałe. Jednak przy rozwodach stajemy się często świadkami zachowań kompletnie nieracjonalnych. Co prawda, odrobina szaleństwa nigdy nikomu nie zaszkodziła. Ale… czy tu nie ma go za wiele? Jednak, po kolei.
Rozwód jako pole bitwy. Po co nam mediacje rodzinne?
Czemu uważam, że mediacje rodzinne są dobrym sposobem rozwiązywania sporów? Zobaczcie sami.
❌Rozwód często staje się walką toczoną z szerokim zaangażowaniem aparatu państwowego. Wiele spraw toczy jest nie tylko w sądzie prowadzącym rozwód. To czą się również w prokuraturach, urzędach skarbowych, sądach cywilnych i gospodarczych, gdzie strony toczą postępowania eskalacyjne💣. Z czasem zaczynają tracić nad nimi kontrolę. Wynika to nie tylko z ich ilości, ale z faktu, że inicjacja jednego pociąga za sobą analogiczną reakcję małżonka. A na nią przecież trzeba odpowiedzieć. I tak w kółko. Strony zaczynają wzajemnie składać na siebie donosy do skarbówki, prokuratury, składać wnioski o zabezpieczenie.
Czemu ludzie chcą walczyć w sądzie o rozwód z winy drugiej strony?
Co ciekawe, nagle okazuje się, że małżonkom zależy na tym, by obca osoba – sędzia – zaglądała w ich prywatne życie. Również w najbardziej intymne jego aspekty. A potem w imieniu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej orzekał, że winę za rozpad małżeństwa ponosi druga strona‼️
Jest to o tyle ciekawe, że ci sami ludzie bardzo często nie interesują się tym, co sądzą o nich znajomi, sąsiedzi, rodzina.⛔ Ale opinia urzędnika – sędziego staje się dla nich ważna.
Gdyby o ich małżeństwie, życiu seksualnym, nałogach, lękach, zdolnościach zawodowych i społecznych miał się wypowiadać inny urzędnik, czy jego opinia byłaby dla nich równie ważna❓
Czy w ogóle życzyliby sobie, że ktokolwiek się tymi sprawami interesował❓
Żeby zadawał pytania, grzebał w nich, przesłuchiwał świadków?❓
Ci sami ludzie, którzy nigdy by sobie tego z pewnością nie życzyli, płacą duże pieniądze, by przeżywać żenujące chwile w sądzie okręgowym. Liczą na to, że okaże się to bardziej bolesne dla drugiej strony, która po kilku latach trwania tego koszmaru, będzie nim bardziej zmęczona. Co ciekawe, wielu z nich odczuwa rzeczywistą satysfakcję, że Rzeczpospolita uznała za winnego ich małżonka. Płacą za to bardzo wysoką cenę – finansową, emocjonalną, wizerunkową i społeczną.
Znaczenie wyroku rozwodowego
❌ Prawda jest bardzo bolesna: nikt się tym wyrokiem nie przejmuje. Nikogo nie będzie on interesował‼️
Rozwód może na początku budzić emocje znajomych lub rodziny. Ale po jakimś czasie ludzie przestają się nim interesować. Gdy będziecie za 3 lata do nich dzwonić i z wypiekami na twarzy relacjonować kolejną rozprawę, zobaczycie, że będą zmieniać temat, odpowiadać zdawkowo, z grzeczności. Ale myślami będą gdzie indziej. Na świecie dzieje się wiele innych – ważniejszych rzeczy. I znacznie ciekawszych. Może kiedyś pikantne szczegóły ujawniana na sali sądowej były dla kogoś sensacją, ale przy tej ilości seriali oraz portali relacjonujących życie celebrytów – nie macie szans w długim wyścigu o uwagę innych. Będziecie toczyć walkę, do której chcieliście włączyć wszystkich w okół – niemalże krucjatę! – a zostaniecie w niej sami.
Koszty rozwodowej batalii
Proces rozwodowy to nie tylko lata w sądzie (nierzadko 5–7 lat), ale także:
- ogromne wydatki;
- przeciągające się napięcia i negatywne emocje;
- poświęcenie relacji z przyjaciółmi i rodziną;
- ryzyko trwałego pogorszenia kontaktów z małżonkiem.
❌ Ceną staje się zdrowie, czas, energia, a niekiedy i reputacja. Cierpią na tym dzieci.
Mediacje rodzinne – co tracimy walcząc w sądzie?
Jako adwokat obserwuję wiele spraw rozwodowych – część z nich prowadzę osobiście. I często zadaję sobie pytanie: czy ten ogromny wysiłek i koszty są rzeczywiście potrzebne? Uważam, że w większości przypadków jest do niepotrzebne, nieracjonalne. Jest to:
1) zmarnowanie pieniędzy stron, ich czasu i energii, które mogłyby przeznaczyć na coś wartościowego dla siebie i innych;
2) zafundowanie sobie wieloletniego kryzysu i walki w czasie, w którym mogłyby cieszyć się życiem i dawno zapomnieć o zakończonym związku;
3) zmarnowanie mocy przerobowych sądów, które naprawdę powinny być wykorzystane tam, gdzie to jest bardziej potrzebne;
4) również złe dla samych prawników, którzy wykorzystują swoją wiedzę, doświadczenie i autorytet w sposób, który nie czyni świata lepszym, ale czyni ludzi słabszymi i bardziej sfrustrowanymi;
5) fatalne dla dzieci stron, których psychika w trakcie rozwodu lub alienacji zostaje bezpowrotnie poturbowana, a efekty będą odczuwać przez całe swoje życie, często powielając negatywne wzorce, od których nie będą potrafiły się uwolnić.
✅Moim zdaniem wiele konfliktów można rozwiązać inaczej – w drodze mediacji rodzinnej🧠. Będę szczery, kiedyś nie wierzyłem w mediację. Dzisiaj traktuję jako podstawowy sposób rozwiązywania sporów – również, a może przede wszystkim – rodzinnych.
Mediacje rodzinne – przyszłość zamiast wojny
Mediacje pozwalają:
👉oszczędzić czas, pieniądze i emocje,
👉skupić się na rzeczowym uregulowaniu spraw technicznych (opieka nad dziećmi, alimenty, podział majątku),
👉zakończyć związek w sposób bezpieczny i z godnością.
👉nauczyć się rzeczowej i pragmatycznej postawy wobec sporów, co z pewnością przyda się w przyszłości.
✅ Warto pamiętać, że wymiar sprawiedliwości jest przeciążony i powolny. Mediacje rodzinne mogą być drogą do konstruktywnego zakończenia sporu – bez niepotrzebnej walki.
Wsparcie adwokata w mediacjach rodzinnych
✅ Rolą adwokata w mediacjach jest zadbanie o bezpieczeństwo prawne rozwiązań, sprawdzenie ich zgodności z prawem i reprezentowanie interesów klienta. To połączenie ochrony prawnej i poszukiwania porozumienia. Jednocześnie, adwokat w mediacji rodzinnej powinien wiedzieć, kiedy… milczeć i pozwolić klientowi dyskutować rzeczowo o rozwiązaniach dotyczących jego prywatnych spraw.
✅Moim zdaniem zadanie adwokata w mediacji rodzinnej polega na tym, by zapewnić klientowi poczucie bezpieczeństwa, szybką pomoc prawną przy pojawiających się kwestiach i czuwać nad tym, by nikt nie wywierał na niego presji. Ale nie powinien prowadzić rozmów za niego. Inna będzie jakość i ocena przez strony wartości porozumienia, które wypracowały same dzięki wsparciu adwokatów, niż gdyby technicznie załatwili je sami prawnicy między sobą. O roli adwokata w mediacjach rodzinnych napisałem poprzedni artykuł, do którego link niżej zamieszczam.
🟢 Jeśli stoisz przed rozwodem – odezwij się do nas.
Pomożemy Ci przejść przez ten trudny etap bezpiecznie, z godnością i z myślą o przyszłości. Mamy doświadczenie w negocjacjach, odnosimy sukcesy na polu mediacji, w tym mediacji rodzinnych. Zawsze naszym celem jest bezpieczeństwo naszego Klienta i jego dzieci. Skontaktujcie się nami:
📩 kancelaria@jakubieciwspolnicy.pl
📞 536 270 935
https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2019/K_015_19.PDF
https://obserwatoriumspoleczne.pl/wp-content/uploads/2021/03/rozwody20210218.pdf
https://www.infor.pl/prawo/rozwody/6732862,3-glowne-powody-rozwodow-w-polsce.html

ROLA ADWOKATA W MEDIACJACH RODZINNYCH
Rola adwokata w mediacji nie jest łatwa. Zupełnie czego innego będzie od niego oczekiwał klient korporacyjny w mediacji gospodarczej i klient w sprawie rodzinnej. Dzisiaj skupię się na mediacjach rodzinnych. Mediacjom gospodarczym poświęcę osobny tekst. Jest to uzasadnione, gdyż mediacje rodzinne i gospodarcze pod tym względem leżą na przeciwstawnych biegunach. Co ciekawe, konflikty między wspólnikami przypominają konflikty rodzinne. Może dlatego tak dobrze czuję się w konfliktach w firmach rodzinnych. Ale dzisiaj skupmy się na roli adwokata w mediacjach rodzinnych..
Jaki jest cel mediacji rodzinnych?
Jaka jest rola adwokata w mediacjach rodzinnych? Wiele osób zadaje cobie pytanie o cel mediacji rodzinnych. Mniej więcej połowa moich Klientów pyta mnie – po co mają przystępować do mediacji, skoro z drugą stroną nie da się rozmawiać. Jest to punkt wyjścia – niemalże aksjomat, który dla dobra tych ludzi staram się najczęściej przełamać. Nie zawsze mi to wychodzi, ale bardzo często próbuję i jestem z tego dumny. Podjęcie rozmów na trudne, ale bardzo ważne tematy dotyczące funkcjonowania rodziny jest wartością samą w sobie.
👉 Nawet, jeśli nie dojdzie do porozumienia w mediacji, spór w sądzie z dużym prawdopodobieństwem będzie już toczył się inaczej. Jego przedmiotem będą sposoby rozwiązania problemu, a nie walka ze znienawidzonym człowiekiem prowadzona kosztem tych, których ci ludzie kochają. I kosztem ich samych. Możemy więc powiedzieć, że sukcesem adwokata jest już doprowadzenie do rozpoczęcia mediacji. Ale na tym jego rola się nie kończy.
✅Istotą mediacji rodzinnych jest pokazanie uczestnikom, że:
1) ich spór nie musi dotyczyć wszystkich aspektów ich życia;
2) za „groźną miną” stoi drugi człowiek, który ma swoje troski i nadzieje, których nie potrafi inaczej zamanifestować;
3) należy dyskutować o rozwiązaniach trudnych spraw, a nie dyskutować o tym, czyja to wina;
4) należy szukać takich rozwiązań, które maksymalnie zaspokoją interesy obu stron;
5) najważniejsze – troska o dzieci, które nie potrafią się same obronić, wyrazić swojego stanowiska i potrzebują obojga rodziców i mają prawo do więzi z każdym z nich – te dzieci nie mogą stać się zakładnikami sporu dorosłych, ani przedmiotem w nim.
Jeśli strony to zrozumieją, będzie już z górki.
Jaka jest rola adwokata w mediacjach rodzinnych?
Adwokat powinien czuwać nad tym, by na jego Klienta nikt nie wywierał niedopuszczalnej presji oraz tłumaczyć mu wszystkie kwestie prawne. Adwokat powinien być w trakcie tych mediacji obecny, uważny i okazywać wsparcie Klientowi. Jednakże prowadzenie samych rozmów powinien zostawić w największej części właśnie jemu. Sam powinien ograniczyć czynny udział do minimum. Dlaczego?
👉🧠Istotą mediacji jest rozmowa i otwartość. Otwartość na potrzeby drugiej strony, ale również otwartość na pokazanie własnych interesów, ale również obaw, słabości, ran, trosk i oczekiwań. Zupełnie inną moc i wartość będą miały słowa, które padają z ust samej strony, niż gdyby oświadczenie o podobnej treści zostało wygłoszone przez pełnomocnika. Słowa takie będą inaczej odebrane, usłyszane, wywołają inny skutek. Mogą trafić do drugiej strony znacznie silniej. Działa to oczywiście w dwie strony.
Przecież tu nie chodzi o to, by adwokaci targowali się w imieniu swoich Klientów o wysokość alimentów, by potem każdy z nich zadzwonił do swojego Mocodawcy i przedstawił kwotę. Ona powie, że to za mało. On powie, że to za dużo. Spór nie zostanie rozwiązany, obie strony będą szukać okazji do „zaatakowania” porozumienia.
Rola adwokata w mediacjach rodzinnych – jak to powinno wyglądać?
A teraz alternatywa‼️ Strony spotykają się i pierwszy raz od 2 lat rozmawiają szczerze o potrzebach swoich dzieci, które przecież kochają. Zgadzają się, że dziecko potrzebuje jeść, mieć własny pokój, ubrania, zabawki, przedszkole, wakacje, leki itp. I podliczają wspólnie koszty zaspokojenia tych potrzeb. Rzeczowo przy tym rozmawiają, wymieniają się uwagami, dyskutują. I wspólnie ustalają kwotę oraz możliwości swojego uczestnictwa w jej pokryciu. Od czasu do czasu pytają jedynie adwokatów o kwestie techniczne.
👉To samo dotyczy kwestii technicznych związanych z opieką nad dziećmi. Chodzi o terminy i miejsce kontaktów, które będą wygodne i akceptowalne dla obu stron i ich dzieci. Przecież dla mnie jako adwokata nie jest żadnym wysiłkiem, by zadzwonić do pełnomocnika drugiej strony i ustalić, że będzie to wtorek i czwartek od 15 do 19 i co drugi weekend od tej do tej godziny. Żaden problem. 5 minut i załatwione. Ale nie o to w mediacji chodzi! W mediacji chodzi o to, by strony zaczęły ze sobą rozmawiać, nauczyły się konstruktywnej rozmowy na wąskie, techniczne, wydzielone z początku tematy. A potem – by „dziwnym trafem” jakoś naturalnie im wyszło rozszerzenie zakresu tych rozmów. Wartością jest tu proces dojścia do porozumienia przez same strony, a nie jego końcowa treść.
Jakie błędy popełniają adwokaci w mediacjach rodzinnych?
❌Najgorsze, co może zrobić adwokat w mediacji rodzinnej, to gwiazdorzyć i pokazywać swoją aktywnością Klientowi, że zasługuje na swoje honorarium. Są adwokaci, którzy boją się, że jeśli nie będą w centrum uwagi, nie będą robić „rozróby”, to klienci ich nie docenią. Będą więc prowadzić rozmowy zamiast swoich klientów, być może nawet ich ze sobą nie wezmą i przyjdą na mediację rodzinną sami. W ten sposób przekreślą wszystko to, co czym wyżej pisałem. Rola adwokata w mediacjach rodzinnych wymaga zupełnie innej postawy.
❌Inni pełnomocnicy skupią się na negocjacjach pozycyjnych zamiast rzeczowych. Na czym polega różnica? Sklupią się na targowaniu o same kwoty bez „pracy u podstaw”, to jest bez wspólnego przyjrzenia się, jakie potrzeby mają być zaspokojone i jak to można zrobić. Taki pełnomocnik może sobie wyznaczyć kwotę alimentów i iść na mediację z Klientem powtarzając wspólnie z nim w rytm krótko „2 tysiące albo śmierć, 2 tysiące albo śmierć”. A nie skupią się na tym, z czego ta kwota wynika i jak rodzice mogą wspólnymi siłami utrzymać dziecko. Taka postawa będzie odebrana jako atak, próba „okradzenia” drugiej strony, postawa roszczeniowa.
❌Jeszcze innym poważnym błędem są ataki personalne na drugą stronę w czasie rozmów. Można oczywiście zmarnować czas mediacji na dyskusje o tym, które było gorszym małżonkiem i czyja to wina. Tylko po co? Czy jeśli adwokat jednej strony wykaże drugiej, że jest „zdrajcą niegodnym miana mężczyzny, sknerą, przemocowcem i narcyzem, który zasługuje na to, by zamknąć do więzienia”, to czy Waszym zdaniem przybliży to strony do porozumienia w zakresie kontaktów z dzieckiem i zachęci go do zwiększenia zaangażowania w wychowywanie i utrzymywanie wspólnych dzieci?
W Kancelarii Jakubiec i Wspólnicy zajmujemy się sprawami rodzinnymi
👉 Prowadzimy mediacje rodzinne zarówno jako mediatorzy, jak i pełnomocnicy stron. Jesteśmy przekonani, że w zdecydowanej większości przypadków warto spróbować mediacji. Nawet jeśli nie dojdzie do zawarcia porozumienia, uwaga stron może zostać przekierowana z konfliktu personalnego na spór rzeczowy, w którym należy szukać konkretnych, pragmatycznych rozwiązań. Być może uda się, że zwaśnione strony dostrzegą w sobie partnerów do rozmowy. A to jest już wielką wartością.
Jeśli stoicie przed rozwodem, separacją albo macie konflikt o dzieci – skontaktujcie się z nami. Pomagamy przejść przez mediacje tak, abyście nie musieli walczyć latami w sądzie.
Zapraszamy do kontaktu!
📩 kancelaria@jakubieciwspolnicy.pl
📞 536 270 935
https://gliwice.so.gov.pl/mediacja-w-sprawach-rodzinnych,m,mg,70,3,203
https://osrodkipomocy.ms.gov.pl/pl/dzialalnosc/mediacje/publikacje-akty-prawne-statystyki

CZY SPÓŁKA CYWILNA TO DOBRY POMYSŁ DZIAŁALNOŚĆ?
Spółka cywilna jest często wybierana przez przedsiębiorców rozpoczynających wspólną działalność. Jej popularność wynika z postrzeganej prostoty, niskich kosztów założenia i nieskomplikowanej obsługi. Decyzja o jej utworzeniu jest często intuicyjna, jednak niewielu przedsiębiorców w pełni zdaje sobie sprawę z potencjalnych konsekwencji i ryzyk. W niniejszym artykule przedstawiamy kluczowe zalety i wady spółki cywilnej, aby ułatwić podjęcie świadomej decyzji biznesowej.
Zalety spółki cywilnej
1. Spółka cywilna to niskie koszty założenia i brak formalności. Utworzenie spółki cywilnej jest wyjątkowo proste i tanie. Umowa nie wymaga formy aktu notarialnego, a sama spółka nie musi być rejestrowana w Krajowym Rejestrze Sądowym (KRS). Dzięki temu przedsiębiorcy unikają kosztów notarialnych oraz opłat sądowych.
2. Brak wymogu wniesienia kapitału zakładowego. W przeciwieństwie do spółki z o.o., spółka cywilna nie wymaga wniesienia kapitału zakładowego. Wkładem wspólników może być nawet ich praca lub świadczenie usług. Pozwala to na rozpoczęcie działalności bez konieczności posiadania znacznego majątku początkowego.
3. Elastyczność i swoboda działania. Obsługa spółki cywilnej jest bardzo prosta. Nie ma obowiązku zwoływania zgromadzeń wspólników, powoływania zarządu czy rady nadzorczej, ani też prowadzenia skomplikowanej sprawozdawczości. Zmiany w umowie spółki są proste i wymagają jedynie pisemnej zgody wszystkich wspólników.
Chociaż wymienione powyżej zalety sprawiają, że spółka cywilna wydaje się idealnym rozwiązaniem, jej to jednak tylko pozorna prostota może prowadzić do poważnych problemów.
Wady spółki cywilnej
1. Brak podmiotowości prawnej. Spółka cywilna nie posiada osobowości prawnej. Oznacza to, że w obrocie prawnym nie występuje jako odrębny podmiot, a odpowiedzialność za jej zobowiązania spoczywa bezpośrednio na wspólnikach. Wyjątek stanowią niektóre przepisy prawa pracy i prawa podatkowego (VAT, akcyza), gdzie spółka jest traktowana jako pracodawca lub płatnik.
2. Solidarna i nieograniczona odpowiedzialność wspólników. Za zobowiązania spółki wspólnicy odpowiadają solidarnie i całym swoim majątkiem, zarówno wspólnym, jak i prywatnym. Oznacza to, że każdy ze wspólników może być pociągnięty do odpowiedzialności za całość długu, niezależnie od tego, w jakim stopniu uczestniczył w zyskach czy stratach spółki.
3. Poważne problemy w sytuacjach nietypowych. Istotne trudności pojawiają się w przypadku zmian w składzie osobowym spółki, np. przy dołączeniu nowego wspólnika. Powstaje wtedy problem odpowiedzialności nowego wspólnika za zobowiązania zaciągnięte wcześniej. Podobne komplikacje występują, gdy jeden ze wspólników opuszcza spółkę. Jego odpowiedzialność za zobowiązania powstałe w czasie jego uczestnictwa wciąż może trwać latami.
4. Rozbieżności w przepisach i orzecznictwie. Problemy stają się jeszcze bardziej złożone w przypadku śmierci jednego ze wspólników lub prowadzenia spółki przez małżonków. Wówczas dochodzi do mieszania się majątków, co prowadzi do chaosu prawnego, który może być trudny do rozwiązania. Co więcej, w wielu kluczowych kwestiach brak jest jasnych regulacji prawnych, a orzecznictwo sądowe jest niejednolite, co zwiększa ryzyko dla przedsiębiorców.
Spółka cywilna tak, czy nie? Podsumowanie
Spółka cywilna jest atrakcyjną formą prawną ze względu na prostotę i niskie koszty początkowe, jednak jej zalety bledną w przypadku problemów wewnętrznych, sporów między wspólnikami lub sytuacji kryzysowych. Brak odrębnej podmiotowości prawnej i solidarna odpowiedzialność wspólników sprawiają, że w skomplikowanych scenariuszach ta forma działalności może okazać się ryzykowna.
Podjęcie świadomej decyzji o wyborze formy prawnej jest kluczowe dla bezpieczeństwa Twojego biznesu. Zapraszamy do kontaktu z naszą kancelarią w celu konsultacji. Nasi doświadczeni prawnicy pomogą Ci ocenić, która forma działalności najlepiej odpowiada Twoim potrzebom i zabezpieczy Twoje interesy.

TRUDNA ROLA ADWOKATA W ROZWODZIE
Rozwody należą do tych spraw, które wywołują największe emocje. Jeśli w grę wchodzi dodatkowo opieka nad dziećmi, kontakty z nimi, alimenty i podział majątku, emocje się ujawnią. Powstaje więc pytanie, jak w takiej sprawie ma się zachować adwokat? Czy powinien on spełniać życzenia Klienta i być mieczem w jego ręku, czy też raczej być głową, która tą ręką kieruje. Oczekiwania Klientów są pod tym względem bardzo różne. Różne są też temperamenty oraz styl pracy poszczególnych adwokatów. Jaka jednak jest rola adwokata w rozwodzie i na co adwokat ma wpływ, a na co wpływu nie ma, postaram się opisać w tym artykule.
Jaka jest rola adwokata w rozwodzie?
Rola adwokata w rozwodzie jest specyficzna. Owszem, wielu adwokatów specjalizuje się w sprawach rodzinnych i rozwodowych. Ich styl pracy, doświadczenie, charaktery i relacje z Klientami są różne. Nie ma jednego uniwersalnego modelu relacji adwokata z Klientem. Elementami, które występować muszą zawsze są zaufanie i przestrzeganie tajemnicy adwokackiej. Natomiast poza tym, jedni adwokaci będą spełniać oczekiwania Klienta i robić to, czego sobie Klient życzy. Inni uzgodnią z Klientem cele strategiczne, natomiast będą mieli pełną swobodę i kierowniczą rolę w ich realizacji.
Nie będę ukrywał, że moim zdaniem adwokat nie powinien się sprowadzać do wykonawcy poleceń Klienta na poziomie wykonania. Jest to postawa formalnie dopuszczalna, a dla wielu osób bardzo wygodna. Z jednej strony łechta ego Klienta, który wydaje polecenia adwokatowi. Z drugiej natomiast, uwalnia adwokata od odpowiedzialności za podejmowanie decyzji i prowadzenie sprawy. Adwokat zawsze może powiedzieć: robiłem to, co Pan sobie życzył. Dlaczego ma Pan do mnie pretensje, że przegrał sprawę?
Jestem zwolennikiem drugiego podejścia. W tej konfiguracji – na przykładzie rozwodu – Klient podejmuje decyzje o tym, czy chce rozwodu, czy też nie. Po przedstawieniu konsekwencji wyboru – podejmie również wybór co do tego, czy ma to być rozwód z winy, czy też bez orzekania o winie. Natomiast we wszystkich sprawach związanych z realizacją tych celów, powinien stosować się do rad i wskazówek adwokata, a przede wszystkim dać mu wolną rękę w podejmowaniu decyzji o tym co i kiedy zostanie w tych sprawach zrobione. Czy złożymy wniosek o zabezpieczenie kontaktów z dziećmi? Czy zrobimy to teraz, czy dopiero, jeśli rozmowy nie przyniosą rezultatów? Ile damy sobie czasu na osiągnięcie polubownego porozumienia? Jak i kiedy eskalować i deeskalować spór?
Nauka o prawie podlega ścisłym regułom, ale jego stosowanie jest sztuką. Nie ma jednej, uniwersalnej metody postępowania, która byłaby skuteczna w każdej sprawie danego typu. Uwzględnia się wiele okoliczności, a nie do przecenienia są doświadczenie adwokata oraz jego ocena poziomu intelektualnego oraz stanu emocjonalnego Klienta. Fakt, że ktoś znajomy kiedyś też się rozwodził i jego adwokat coś mu doradził, nie ma żadnego przełożenia na to, że dane rozwiązanie będzie skuteczne lub choćby celowe w tej sprawie.
Adwokat powinien dbać o bezpieczeństwo Klienta i jego dzieci
Rola adwokata w rozwodzie polega na tym, żeby bezpiecznie przeprowadzić Klienta przez ten trudny proces. Osobiście uważam, że adwokat powinien robić też wszystko, by toczące się postępowanie nie wpłynęło negatywnie na dzieci stron. Powinien je chronić przed tym całym złem, które może wydarzyć się w ich życiu. Jak uniknąć konfliktu między interesem Klienta, którego reprezentujemy, a dobrem jego dzieci? Przecież taki może się pojawić. Przykładem jest wysokość alimentów: Klient ma interes w tym, żeby płacić jak najmniej, a dzieci mają interes w tym, żeby ich poziom życia był utrzymany. Ja wychodzę osobiście. z założenia, że w interesie Klienta jest zapewnienie utrzymania jego dzieciom – w ten sposób to tłumaczę.
Eskalacja konfliktu nie może być celem samym w sobie. Jest wyłącznie narzędziem, które może służyć osiągnięciu uzasadnionych celów. Jednakże nigdy nie powinna się odbywać kosztem dzieci. Jest to ten element, który powinien wyznaczać granicę dopuszczalnych działań.
Pamiętajmy też o jednej kwestii: emocje mijają. Naszą rolą jako adwokatów jest wyczulić Klientów na to, by ich decyzje podejmowane pod wpływem emocji nie były brzemienne w skutki i nie ważyły negatywnie na reszcie ich życia oraz życiu ich dzieci. Adwokat nie jest od tego, aby przyklaskiwać Klienowi. Adwokat nie jest od tego, żeby Klienta lubić, ani się z nim zgadzać. W żadnym razie, adwokat nie musi się z Klientem utożsamiać. Ale za każdym razem powinien dać z siebie wszystko, żeby Klientowi pomóc i powinien to robić nawet narażając się na negatywne konsekwencje – różnego rodzaju.
Nie możemy kierować się własnymi obawami, strachem przed zemstą lub pomówieniem. To jest wkalkulowane w wykonywanie naszego zawodu. My musimy zrobić wszystko, żeby pomóc Klientowi osiągnąć jego cele. Jesteśmy też o tego, by w oparciu o naszą wiedzę i doświadczenie pomagać Klientowi te cele określać i precyzować, a nawet istotnie wpływać na ich kierunek. Ale nigdy nie powinniśmy pozwalać Klientowi, by to on był kierowcą tej taksówki i decydował i szczegółowych rozwiązaniach.

ROZWÓD VIP. NA CZYM TO POLEGA?
Na czym polega rozwód VIP? Od razu uprzedzę – nie – nie chodzi o cenę za prowadzenie sprawy. NIe chodzi też o staranność, czy zaangażowanie Kancelarii. Angażujemy się w pełni w każdą sprawę. Czerpiemy satysfakcję z zaufania, jakim obdarzają nas nasi Klienci i ich poczucia bezpieczeństwa, jakie im dajemy. Rozwód VIP nie polega na tym, że traktujemy kogokolwiek lepiej. Wszystkich traktujemy z szacunkiem i każdemu naszemu Klientowi poświęcamy tyle czasu i uwagi, ile to tylko konieczne. Na czym więc polega różnica?
KIM JEST KLIENT VIP?
Rozwód osoby znanej
Klientem VIP jest ten, kto ze względu na swoją szczególną pozycję zawodową lub społeczną potrzebuje dodatkowych usług. Potrzeba taka wynika z konieczności dbałości o wizerunek publiczny, który jest dla takiej osoby szczególnie istotny. Może to wynikać z jej rozpoznawalności, od której uzależniona jest jej pozycja zawodowa. Klientami VIP są więc osoby potrzebujące dodatkowej ochrony i wsparcia w dbaniu o ich wizerunek w mediach, a także objęcia ich opieką prawną w zakresie zdecydowanej reakcji na nieprawdziwe informacje pojawiające się w mediach. Takimi Klientami są postacie ze świata show biznesu, polityki, kultury, lecz również nauki i sportu.
Rozwód biznesmena
Klientem VIP może być osoba, która nie jest tak rozpoznawalna, lecz potrzebuje wsparcia w dbaniu o wizerunek w organizacji i wsród partnerów biznesowych. Może to być właściciel lub członek władz dużej spółki. W przypadku rozwodu może on się spotkać z inspirowanymi przez drugą stronę działaniami, które mają na celu podkopanie jego pozycji w danej spółce lub w oczach jej właścicieli. Mogą to być działania czarnego PR lub próby prowokacji. Ich celem może być „udowodnienie”, że Klient taki prowadzi działalność konkurencyjną, działa na szkodę spółki, nie dokłada należytej staranności. Nasza Kancelaria ma wypracowane procedury działania prewencyjnego i reakcyjnego, których celem jest zmniejszenie ryzyka narażenia Klienta na takie działania, zmniejszenie ich potencjalnych negatywnych skutków, jak również zdecydowaną reakcję prawną w przypadku ich zaistnienia.
Rozwód osoby zamożnej
Innym przypadkiem jest osoba zamożna, która spodziewa się ostrej walki o majątek. W takiej sytuacji świadczymy doradztwo prawne związane ze szczegółowym ustaleniem i analizą przepływów pieniężnych związanych zarówno z powstaniem majątku – jeśli jest to potrzebne – jak i późniejszymi nakładami na utrzymanie rodziny i osób bliskich. W ramach tego doradztwa współpracujemy z doradcami podatkowymi, by w pełni czuwać i unikać niepotrzebnych ryzyk podatkowych. Podejmiemy się szczegółowego opisu kosztów utrzymania, podejmiemy rzeczowe negocjacje w sprawie o alimenty. Zajmiemy się wszystkimi detalami związanymi z podziałem majątku. Mamy doświadczenie zarówno w podziale majątków „klasycznych”, w skład których wchodzą nieruchomości, pieniądze, dzieła sztuki, jak również z nowymi walorami, jak instrumenty finansowe, kryptowanuty i tokeny.
Rozwód VIP. Z kim współpracujemy?
Rozumiejąc szczególne potrzeby Klienta VIP współpracujemy ze specjalistami ds. kreacji i ochrony wizerunku medialnego, PR i komunikacji. Niezależnie od tego, współpracujemy z psychologami i psychiatrami, którzy mogą zadbać o dobrostan naszego Klienta w tym trudnym czasie lub roztoczyć opiekę nad jego dziećmi, jeśli tego potrzebują. Do tego – w sposób całkowicie legalny – współpracujący z nami psychologowie pomagają nam stworzyć profil psychologiczny drugiej strony. Dzięki temu możemy trafniej przewidywać jej skłonność lub awersję do ryzyka, do konfrontacji lub asekuracji. Współpracujemy również z prywatnymi detektywami i doradcami podatkowymi.
Rozwód VIP w Kancelarii Jakubiec i Wspólnicy
W każdej sprawie rozwodowej świadczymy pomoc prawną naszym Klientom z dochowaniem najwyższych standartów staranności i profesjonalizmu. Dyskrecja i poczucie poczucie bezpieczeństwa naszych Klientów są dla nas priorytetem. Bardzo ważny jest dla nas dobrostan dzieci. W tym celu często rekomendujemy naszym Klientom konsultacje z psychologami dziecięcymi.
Jeśli macie jakiekolwiek pytania, skontaktujcie się z nami. Jeśli uważacie, że te n materiał zasługuje na to, podzielcie się z nim ze znajomymi. Dziękujemy, że jesteście z nami.

MOBBING W FIRMIE RODZINNEJ. JAK SIĘ BRONIĆ?
Każdy udaje, że nie widzi… Mobbing w firmach rodzinnych jest wielkim problemem. Od kilkunastu lat zajmuję się firmami rodzinnymi. Przedmiotem mojej praktyki są głównie spory w tych firmach. Pomagam Klientom rozwiązywać powstałe konflikty, ale przede wszystkim staram się tak ułożyć ich wewnętrze relacje, by potrafili oni rozmawiać o sprawach trudnych w sposób konstruktywny. Konfliktów się nie uniknie. Są one normalnym elementem każdej relacji. Mamy natomiast ogromny wpływ na to, czy wychodzimy z nich wspólnie wzmocnieni z przeczuciem, że przeszliśmy razem kolejną próbę i rozwiązaliśmy kolejny problem. Czy tez wyjdziemy z nich poobijani z poczuciem krzywdy lub strachu przed rewanżem. Jednym z przejawów najtrudniejszego kryzysu w firmie rodzinnej jest mobbing skierowany wobec członków rodziny pracujących w firmie lub będących ich wspólnikami.
Skąd bierze się mobbing w firmie rodzinnej?
Mobbing jest formą przemocy psychicznej, z pewnością jest zachowaniem przemocowym. W każdej sytuacji jest zjawiskiem skrajnie szkodliwym. Jego cechą charakterystyczną jest to, że trwa długo, czasem nawet przez całe dekady i skutkuje istotnym pogorszeniem kondycji psychicznej, w tym obniżeniem poczucia własnej wartości, wiary w siebie. Może skończyć się depresją lub innymi zaburzeniami psychicznymi. Skutkuje wyczerpaniem, drażliwością, poczuciem niższości. Wpływa nie tylko na jakość pracy, relacje pracownicze (inni to widzą i wolą nie trzymać się zbyt blisko z ofiarą mobbingu, by nie stać się nią samemu), ale i na relacje rodzinne, w tym małżeńskie.
W firmie rodzinnej mobbing jest szczególnie przykry. Z jednej strony komuś z zewnątrz ciężko w niego uwierzyć. przecież firma rodzinna kojarzy się z miłością i szczęściem, przyjaźnią i zamożnością. Fakt, że ofiara nie znajduje zrozumienia, nikt nie daje jej wiary dodatkowo potęguje jej dramat. Ofiara nie tylko nie może liczyć na pomoc w pracy (w końcu relacje nieformalne są ważniejsze od formalnych), ale przede wszystkim – najczęściej będzie go pozbawiona również w domu. Mobberem może być ktoś z najbliższej rodziny. Wsparcia może nie otrzymywać również od małżonka / małżonki, która będzie sfrustrowana tym, że ofiara nie potrafi postawić się sprawcy, nie walczy o pieniądze, zadowala się niesprecyzowanymi obietnicami na przyszłość.
W firmie rodzinnej mobbing może wynikać w potrzeby kontroli
Mobbing w firmie rodzinnej jest formą pełnej przemocy kontroli. Sprawca – mobber – żyje w przeświadczeniu swojej wielkości, nieomylności, jest przyzwyczajony do walki i poczucie własnej wartości czerpie z kontroli i władzy nad najbliższymi. I daje im to często odczuć w sposób brutalny. Jest formą obrony przez tym, czego „praszczur założyciel” boi się najbardziej – przed tym, żeby dzieci stały się naprawdę samodzielne. On najczęściej lęka się tego, co sam im obiecywał, czym ich mamił. Mówił: zaufajcie mi, pracujcie ciężko ze mną, dla nas, a obiecuję Wam, że dobrze na tym wyjdziecie. Zadbam o Was. Oni uwierzyli, zrezygnowali z możliwych karier, poświęcili się pracy w tej firmie. A praszczur upaja się kontrolą. Z niej żyje. Jej pragnie. I panicznie boi się jej utraty.
Będzie więc z jednej strony kontrolował finanse dzieci – często już dorosłych. Da im na przeżycie, czasem na luksusowe auto lub mieszkanie. Ale to tyle. Za każdym razem będą musiały go prosić o więcej. Nie dam im udziałów w firmie, nie przepisze na nich majątku. Da prezenty, a potem każe się prosić. Znam przypadki, gdy dziecko – grubo po trzydziestce, podjeżdżało do „tatusia” porsche za milion złotych i prosiło go 10 tysięcy na wakacje z żoną i dziećmi. Bo to „dziecko” mimo całkowitego poświęcenia się firmie i harowania w niej za dwóch, dostawało minimalną krajową na rękę. Domyślacie się, jak takie ciągłe upokorzenie wpływało na jego obraz w oczach żony? A rodzice się cieszyli, że tyle dają… gdy tylko poprosi.
Kiedy powiedzieć „dość!”?
To będzie trudne do przyjęcia, ale trudno. Ofiara mobbingu zapomina, że jest ofiarą. Żyje w poczuciu winy. Żyje w poczuciu niezasługiwania na godne traktowanie. W firmie rodzinnej nakłada się to na poczucie niezasługiwania na miłość rodziców, porównywanie się samemu lub bycie porównywanym do rodziców, w którzy w Twoim wieku to już sprowadzali auta z Niemiec. A Ty? Tylko studiowałeś to, co Ci kazali. Ofiara musi zrozumieć jedną, jedyną rzecz: Że nikt nie ma prawa stosować wobec niej mobbingu w pracy. Ani w obcej firmie, ani tym bardziej w firmie rodzinnej.
Im szybciej ofiara mobbingu przerwie ten zajęty krąg, tym lepiej. Są ludzie, którzy żyli w takim koszmarze przez kilkadziesiąt lat. Inni potrafią się postawić po kilku dniach (wtedy jeszcze nie mówimy o mobbingu, lecz o zachowaniach niewłaściwych) lub tygodniach. Rzecz sprowadza się do tego, że jeśli ktoś stosuje mobbing wobec swoich najbliższych, to znaczy, że ma osobowość przemocową. Że ma mentalność kata. A ta mentalność z czasem nie łagodnieje. Taka osobowość utrwala tendencje do kontroli i przemocy. I będzie zachowywać się tylko gorzej.
Im wcześniej powiecie „dość”, tym dla Was lepiej. Wiem, że boicie się zwrócić wobec własnych rodziców. W końcu całe życie byliście programowani do lojalności, posłuszeństwa i do tego, by pozwalać sobą pomiatać w mniej lub bardziej jawny sposób. Wiem jeszcze jedną rzecz: wielu z Was wmówiono, że nie poradzicie sobie poza firmą rodzinną. Nie zawsze mówiono to wprost. Często był to przekaz podprogowy. Tak, jak bohater „Truman Show” był całe życie poddawany sugestiom, by nie opuszczał swojego miasteczka, tak Wam mówiono, że nie dacie sobie rady gdzie indziej. I to jest właśnie łajdactwo. I w każdej chwili możecie z tym skończyć.
Mobbing w firmie rodzinnej. Jak się bronić?
Być może będziecie musieli z czegoś zrezygnować. Być może będziecie musieli coś zmienić. Być może będziecie musieli przewartościować swoje życie, plany i oczekiwania. Ale im szybciej to zrobicie, tym więcej szacunku zyskacie wobec samych siebie w swoich oczach, ale również w oczach swoich najbliższych, a na koniec również w oczach swoich prześladowców. Musicie być gotowi na zerwanie i rezygnację z tego, co daje Wam rodzina.
Czasami jest to test. Musicie pokazać, że umiecie się postawić. Że umiecie walczyć o swoje. Że macie swoją godność, która jest warta więcej, niż porsche. To musi być szczere i płynąć głęboko z Was samych. I wtedy może się udać. Wtedy właśnie – paradoksalnie – ktoś, kto Wami gardził może zacząć Was szanować. Zobaczyć w Was siebie z przeszłości, który rzucił życiu wyzwanie.
Kiedy indziej – może wystarczyć mediacja. Jest ona formą konstruktywnego dialogu o sprawach trudnych. W większości polskich domów nie rozmawia się o sprawach trudnych, zwłaszcza z dziećmi. Nawet, jak mają 40 lat. W mediacji być może będziecie mieli szansę pierwszy raz porozmawiać nie tylko o pracy i pieniądzach, ale o swojej wizji, roli, oczekiwaniach. Być może pierwszy raz usłyszycie od drugiej strony coś, czego nie potrafiła Wam powiedzieć i własne cierpienie wyrażała w sposób, który ranił Was.
W każdej sytuacji skontaktujcie się z adwokatem, który pomoże Wam poznać pole, na którym się znajdujecie. Taka konsultacja pomoże Wam zrozumieć sytuację prawną, Wasze prawa i obowiązki, kwestie własności, roszczeń, ryzyk prawnych i Waszej pozycji w tej rozgrywce. Przygotowanie do negocjacji to ponad połowa potrzebnej pracy. Nie zapominajcie o tym.
W kolejnych artykułach będę opisywał poszczególne rodzaje środków ochrony prawnej w sprawach o mobbing. Ale pamiętajcie, to są tylko narzędzia. Prawdziwa sztuka polega ana tym, żeby wiedzieć, kiedy i które z nich użyć, a nie na tym, żeby mieć ich wiele i użyć ich w niewłaściwym miejscu. Poza tym – nie ma jednej uniwersalnej metody, każda firma jest inna i skalda się z innych ludzi, którzy żyją w nieco innej sytuacji. W Kancelarii Jakubiec i Wspólnicy zawsze o tym pamiętamy.
Jeśli ten tekst wydał Wam się ciekawy, podzielcie się nim z przyjaciółmi, znajomymi lub innymi osobami, o których wiecie lub macie podejrzenia, że może ich dotyczyć. Zapraszam serdecznie do kontaktu.

PRZEDMIOTOWE PODEJŚCIE DO KONTAKTÓW Z DZIECKIEM?
Kontakty z dzieckiem to jedno z najczulszych zagadnień w sprawach rodzinnych. Niewątpliwie, dziecko ma prawo do obojga rodziców i powinno móc utrzymywać z nimi relacje niezależnie od konfliktów dorosłych. Niestety, w praktyce zdarza się coraz częściej, że jeden z rodziców – najczęściej ten, który nie sprawuje na co dzień opieki – wykorzystuje instytucję kontaktów nie jako narzędzie budowania relacji z dzieckiem, lecz jako formę presji wobec drugiego rodzica lub jako „kartę przetargową” w innych aspektach postępowania sądowego – szczególnie w sprawach o alimenty. Podkreślam, że opisuję w tym artykule pewne patologiczne zjawisko i nie stwierdzam, że jest tak w każdym przypadku.
Kontakty z dzieckiem – początek problemów
Często rodzic składa do sądu wniosek o szerokie kontakty z dzieckiem. W uzasadnieniu podnosi silną więź z dzieckiem, potrzebę udziału w wychowaniu i rzekomą marginalizację przez drugiego rodzica. Sąd – kierując się zasadą dobra dziecka i brakiem przesłanek ograniczających – często przychyla się do takiego wniosku. I właśnie wtedy zaczynają się problemy.
Co się dzieje? Rodzic, który tak walczył o kontakty – nie realizuje ich. Nie odbiera dziecka w wyznaczonych terminach, odwołuje spotkania w ostatniej chwili, nie informuje o zmianie planów. Zdarza się, że dziecko przygotowuje się psychicznie na spotkanie, cieszy się, czeka spakowane przy drzwiach – i… nikt się nie pojawia. Drugi rodzic zostaje postawiony w trudnej sytuacji: tłumaczy dziecku nieobecność, pociesza. Jest to bardzo trudne i przykre dla dziecka, które przecież kocha oboje rodziców i liczyło, że zobaczy się dzisiaj z tatą (lub z mamą).
Gdy to się powtarza, rodzic, który mieszka na co dzień mieszka z dzieckiem i wychowuje je decyduje się wystąpić o zmianę kontaktów. Wówczas spotyka się z zarzutem, że to przecież on/ ona utrudnia kontakty. Formułowany jest zarzut świadomej alienacji rodzicielskiej. Pisałam o alienacji w poprzednich artykułach, do których linki zamieszczam poniżej. W sytuacji, którą opisuję tutaj, jest zupełnie inaczej. To zjawisko odwrotne. Również destrukcyjne dla psychiki dziecka, ale i uderzające w plany i logistykę drugiego rodzica, który miał przecież prawo oczekiwać, że rodzic uprawniony do kontaktów zajmie się danego dnia dzieckiem, dzięku czemu możliwy będzie odpoczynek, zakupy, wizyta u lekarza, znajomych lub cokolwiek innego.
Kontakty z dzieckiem wykorzystane przedmiotów. Przykład z naszej praktyki
W jednej z prowadzonych spraw ojciec domagał się kontaktów, bardzo szerokich, z nocowaniem. Gdy sąd je przyznał, nie pojawił się ani razu przez cztery miesiące. Po tym czasie złożył do sądu pozew o obniżenie alimentów, argumentując, że „ponosi koszty utrzymywania dziecka w czasie kontaktów” i „regularnie opiekuje się dzieckiem”. Do wniosku dołączył zdjęcia sprzed kilku lat oraz wiadomości, z których wynikało, że chciał dziecko odebrać – ale celowo nie wspomniał, że wiadomości te wysyłał już po wyznaczonych terminach kontaktów. Nasza Klientka była tym wstrząśnięta.
Takie zachowania mają jeden wspólny mianownik: nie chodziło o dziecko, tylko o kontrolę nad drugim rodzicem, poprawienie swojego wizerunku przed sądem, rodziną, znajomymi lub obniżenie alimentów. Należy wprost nazwać to zachowaniem przemocowym.
Pozostawienie dziecka pod opieką osoby trzecie w czasie kontaktów
Zdarza się, że kontakty są traktowane jako dowód „zaangażowanego ojcostwa” – mimo że realnie dziecko jest pozostawione samo sobie lub powierzane innym osobom (babci, nowej partnerce/ partnerowi), podczas gdy ojciec/matka „załatwia sprawy”. Nic w tym złego, gdy zdarza się to raz na jakiś czas, ale jeśli w czasie kontaktów dziecko prawie w ogóle nie spędza czasu z rodzicem, to znaczy, że mamy poważny problem. Gdzie jest zatem granica?
Warto jednak podkreślić, że samo korzystanie z pomocy innych dorosłych przy opiece nad dzieckiem – jak babcia, dziadek– nie jest niczym złym, o ile odbywa się to w sposób przemyślany, odpowiedzialny i z poszanowaniem dobra dziecka. To naturalne, że rodzic nie zawsze może być dostępny w każdej minucie kontaktu – zwłaszcza jeśli opieka ma charakter całodniowy czy weekendowy. Ważne jednak, by nie dochodziło do sytuacji, w której dziecko staje się jedynie „odfajkowanym obowiązkiem” przekazanym osobie trzeciej, bez więzi emocjonalnej z rodzicem.
Między odpowiedzialnym wsparciem bliskich a porzuceniem roli rodzica jest zasadnicza różnica – i to właśnie sąd, ale też drugi rodzic, powinien umieć te sytuacje rozróżniać.
To samo dotyczy przebywania dziecka z nowym partnerem lub partnerką obojga rodziców. Niektórzy wpadają w furię na samą myśl o tym. Nie wyobrażają sobie, żeby ich dziecko miało w ogóle poznać nowego partnera mamy albo partnerkę taty. Nie wyobrażają sobie, zebu och dziecko miało zostać z nimi samo. Niestety, ale nie mają na to wpływu. Rodzic może postawić dziecko z osobą trzecią, ponosi przy tym odpowiedzialność za wybór tej osoby, jej kompetencje i stan psychofizyczny.
Skutki instrumentalnego traktowania kontaktów z dzieckiem
Jeżeli już dochodzi do takie zachowania, znaczy to, że to, że mamy do czynienia z poważnym problemem. O ile każde z rodziców kocha dziecko i chce dla niego dobrze, problemy mogą wystąpić na tle innej wizji tego, co jest dla niego dobre. Ale konstruktywna rozmowa, praca, czasem z psychiologiem, terapia rodzinna, mediacja, podniesienie kompetencji rodzicielskich w inny sposób mogą pomóc w dojściu do pewnego konsensusu. Natomaiat gdy dziecko traktowane jest instrumentalnie i rodzicowi nie zależy na budowaniu lub utrzymaniu więzi z nim, to znaczy, że jest źle. Jak pisałam wcześniej, uderza to w poczucie własnej wartości dziecka, które doznaje zawodu z każdym razem, gdy nie dochodzi do realizacji kontaktów. Przyczyny, jak to dziecko – doszukuje w sobie. Zastanawia się, czemu tatuś / mamusia nie przyszli? Czy mnie nie kocha? Dlaczego mnie nie kocha? Czy jestem zły / zła? Może nie zasługuję na to, żeby mnie kochano?
Jak bronić się przed instrumentalnym wykorzystaniem kontaktów?
Nie da się nikogo zmusić do miłości. Ani wobec siebie, ani wobec dziecka. Jeśli ktoś tego nie czuje, nie mamy na to wpływu. Ale pewnej uczciwości, przyzwoitości lub rzetelności można wymagać. Rzetelnie realizowane kontakty z dzieckiem są tego przykładem. A wobec przemoc owych zachowań zmierzających do kontroli i trzymania kogoś przy ziemi, żeby nie zorganizował sobie życia, można się bronic.
Sądy coraz częściej dostrzegają ten problem, choć – niestety – nadal trudno o szybkie reakcje. Aby wykazać brak realizacji kontaktów, trzeba, m.in. regularnie dokumentować sytuację: prowadzić kalendarz, zapisywać daty i godziny, robić notatki lub nawet zdjęcia. W przypadku uporczywego nierealizowania kontaktów mimo ich inicjowania, można wystąpić do sądu o:
- zmianę kontaktów,
- ustanowienie nadzoru kuratora, który będzie obecny podczas kontaktu i oceni jego przebieg,
- zagrożenie ukaraniem określoną kwotą pieniężną za niewykonywanie orzeczenia sądu.
Z punktu widzenia dobra dziecka – a to jest nadrzędną zasadą polskiego prawa rodzinnego – kontakty muszą mieć charakter realny i oparty na odpowiedzialności. Rodzic, który domaga się kontaktów tylko „na papierze”, jedynie szkodzi – nie tylko drugiemu rodzicowi, ale przede wszystkim dziecku, które zaczyna budować relację na rozczarowaniach, odrzuceniu i fałszywych nadziejach.
Czy mediacja może pomóc?
W Kancelarii Jakubiec i Wspólnicy wszyscy uważamy, że w sprawach rodzinnych warto przeprowadzać mediację. Ona nie musi zakończyć się porozumieniem, ale zupełnie inaczej, niż w sądzie, pozwoli na szczerą rozmowę i poznanie perspektywy, oczekiwań i obaw drugiej strony. Pozwoli w końcu samemu opowiedzieć o swojej perspektywie. Być może pierwszy raz strony bedą miały okazję do takiej rozmowy, w bezpiecznych warunkach, przy neutralnej osobie. W mediacji nie mamy przekonać się do swoich racji, nie jest naszym celem atakowanie kogokolwiek, ale próba zrozumienia – nie oznacza to akceptacji.
Do wielu problemów na tle opieki nad dziećmi dochodzi na skutek wieloletnich zaniedbań w komunikacji lub jej całkowitego braku. Często warto jest spróbować mediacji, w której strony poszukiwać będą rozwiązania wspólnego problemu, zanim pójdziemy do sądu, gdzie będziemy już tylko walczyć. Mediacja trwa krótko i jest relatywnie tania. Zmienia perspektywę. Jest poufna i prowadzona w bezpiecznych warunkach. Jeśli jednak nie przyniesie rezultatu, trzeba będzie żądać udzielenia ochrony przez sąd.

JAK OKREŚLIĆ WYSOKOŚĆ ALIMENTÓW?
Oczywiste jest, że utrzymanie dzieci kosztuje. Fakt rozstania rodziców nie zwalnia żadnego z nich z obowiązku uczestniczenia w kosztach tego utrzymania. Alimenty po rozstaniu mogą być przedmiotem rozmowy o potrzebach dzieci i możliwościach zarobkowych każdej ze stron, a nie walką o kwoty. Rozstanie rodziców to emocjonalny i życiowy wstrząs – nie tylko dla nich, ale przede wszystkim dla dzieci. To one tracą poczucie stałości i bezpieczeństwa, a ich życie bardzo się zmieni. W tym kontekście sprawy alimentacyjne powinny być prowadzone z myślą o jednym: o dzieciach i ich potrzebach. Niestety, rzeczywistość często wygląda inaczej.
Spór o alimenty
W Kancelarii widzimy dobrze, że najwięcej konfliktów wokół alimentów wynika nie z przepaści między potrzebami dzieci, a możliwościami rodziców. Przyczyną tych sporów jest brak komunikacji i zrozumienia funkcji alimentów. Rodzice, zwłaszcza ci, którzy mają alimenty płacić, bardzo często myślą o nich jako o „świadczeniu na rzecz drugiego rodzica”. Padają wtedy pytania: „Ile mam jej dać?”, „Po co aż tyle?”, „Czemu mam jej to przelewać?”. Rozmowa zaczyna się (i kończy) na kwocie, zamiast zacząć od pytania: „Na co moje dziecko potrzebuje tych pieniędzy?”
Zwróćmy uwagę, że każdy z nas zupełnie inaczej poczuje się, gdy usłyszy pytanie o to, czego potrzebuje jego dziecko, niż gdy usłyszy żądanie, że ma płacić kwotę X. Jest to ogromna różnica, która kształtuje konstruktywną rozmowę, dzięki której oboje rodzice mogą poczuć się odpowiedzialnie, a nawet poczuć dumę z tego, że dają radę zaspokoić potrzeby dziecka. Ale, by do tego doszło, muszą je najpierw określić i nazwać.
Walka o alimenty?
Czy określenie kwot koniecznych na utrzymanie dzieci musi być przedmiotem walki? Niestety, często tak jest. Jeden z rodziców przyjmuje pozycję obronną – wszystko, co mówi drugi, odbierane jest jako próba naciągania, wykorzystania albo zemsty. Tymczasem, kiedy uda się choć na chwilę odsunąć wzajemne urazy i skupić na realnych potrzebach dziecka, często dochodzi do zaskakujących rezultatów.
Kiedy rozmawiamy o alimentach w mediacjach, priorytetem jest odejście od sporu kwotowego na rzecz wspólnego spojrzenia na potrzeby dziecka. Praktyka pokazuje, że ten prosty zabieg zmienia wszystko.
W pamięci zapadł mi przykład mediacji, w której ojciec stanowczo sprzeciwiał się zaproponowanej przez matkę kwocie. Twierdził, że to przesada – że nie da się tyle wydać na dziecko miesięcznie. Po wspólnym omówieniu kosztów utrzymania – szkoły, wyżywienia, leków, transportu, zajęć dodatkowych – sam zaproponował alimenty wyższe niż początkowo żądała matka. Dlaczego? Bo przestał myśleć o alimentach jak o „opłacie dla byłej partnerki”, a zaczął je traktować jako realny wkład w życie swojego dziecka. Wspólne zrozumienie potrzeb dziecka znosi wiele emocjonalnych barier.
Problemy przy ustalaniu alimentów
Częstym problemem jest także niechęć do przekazywania pieniędzy „do rąk” drugiego rodzica. Padają argumenty: „Nie chcę jej płacić”, „Nie dam mu pieniędzy, bo nie wiem, na co je wydaje”. Rodzice proponują wówczas alternatywę: „Sam zapłacę za obiady, korepetycje, buty, wycieczki”. Choć brzmi to rozsądnie, w praktyce takie rozwiązanie jest nieskuteczne i często destrukcyjne. To próba zachowania kontroli i – niestety – ograniczenia drugiej stronie możliwości swobodnego i odpowiedzialnego gospodarowania budżetem domowym.
Rodzic staje się wówczas petentem, który musi prosić o zgodę na każdy wydatek. Dziecko zaś – zamiast czuć stabilność – zaczyna funkcjonować w systemie „uznaniowego finansowania”. Alimenty nie powinny być mechanizmem wnioskowym. To wsparcie, które umożliwia codzienne, niezależne funkcjonowanie dziecka. Dzieci potrzebują jedzenia codziennie, rosną bez ostrzeżenia, chorują bez zapowiedzi. Jeśli jeden rodzic oczekuje, że o każdą złotówkę trzeba będzie pytać, uzasadniać i czekać na zgodę – to nie wspiera, lecz utrudnia życie dziecka.
Często spotykamy się również z próbą obniżenia alimentów po to, by zostawić sobie „rezerwę” na prezenty lub kieszonkowe. Padają stwierdzenia: „Wolę kupić coś sam”, „Chcę mieć za co dać mu coś ekstra”. Choć intencje bywają dobre – chodzi o budowanie relacji z dzieckiem – to w praktyce wprowadza to niezdrową nierównowagę. Dziecko zaczyna odbierać „codzienne życie” jako obowiązek jednego rodzica, a „nagrody i przyjemności” jako domenę drugiego.
To zafałszowuje obraz rzeczywistego wkładu w wychowanie i prowadzi do niepotrzebnych napięć. Konsola do gier czy wyprawa do parku rozrywki nie zastąpią ciepłych posiłków, leków i codziennych rachunków. Co więcej – dzieci, nawet jeśli początkowo cieszą się z prezentów, z czasem zaczynają rozumieć, kto naprawdę o nie dba, a kto tylko bywa „fajny” od święta.
Wykorzystanie alimentów w sporze?
Zdarza się też, że alimenty są zawyżane lub zaniżane nie w odniesieniu do realnych potrzeb dziecka, lecz jako element rozgrywki między rodzicami. Jedna strona walczy o jak najniższe zobowiązanie, by móc potem pokazać się dziecku jako ten „lepszy” – od niespodzianek i prezentów. Tymczasem druga strona zostaje z codziennymi obowiązkami, wydatkami i odpowiedzialnością. Taka strategia może przynieść chwilową satysfakcję, ale w dłuższej perspektywie niszczy relację z dzieckiem. Dzieci widzą i rozumieją więcej, niż dorosłym się wydaje.
Dlatego przed każdą rozmową o alimentach warto się przygotować – nie tylko prawnie, ale i emocjonalnie. Spisać potrzeby dziecka, policzyć realne koszty życia, podejść do tematu bez agresji i podejrzliwości. Zamiast pytać „ile mam płacić?”, lepiej zapytać „czego dziecko potrzebuje i jak mogę w tym uczestniczyć?”.
Rola mediacji w ustalaniu alimentów
W mediacjach coraz częściej udaje się dojść do sensownych porozumień – właśnie dlatego, że atmosfera rozmowy pozwala mówić normalnie, nie walczyć o rację, ale szukać rozwiązania. I to nie dla byłego partnera – dla dziecka. W mediacji jest przestrzeń do rozmowy o potrzebach dzieci, a nie do targowania się o kwotę. W mediacji możemy pomóc stronom zmienić perspektywę patrzenia na funkcję alimentów. Dzięki dobrej rozmowie i pracy, którą każda ze stron wykona, mogą zrozumieć, że rolą alimentów nie jest rozgrywka między stronami, ale zapewnienie utrzymania dzieci. Dojście do tego wniosku wbrew pozorom nie jest wcale łatwe i oczywiste.
Alimenty to nie prezent. To nie narzędzie wpływu. To nie opłata za widzenia. To forma odpowiedzialności za wspólne życie, które się stworzyło. Jeśli spojrzymy na nie z tej perspektywy, nawet trudna rozmowa może być pierwszym krokiem do spokoju – tak potrzebnego każdemu dziecku.
W każdej sytuacji – także po rozstaniu – alimenty powinny być wyrazem równoprawnego uczestnictwa obojga rodziców w życiu dziecka. Nie są karą, nie są przywilejem – są naturalną konsekwencją bycia rodzicem. Jeśli pomożemy stronom zrozumieć, że uczestniczenie w wychowaniu dziecka jest nie jest karą, ale powodem do dumy z realizacji (nieraz trudnej) jednego z najważniejszych obowiązków w życiu, to prawie każdy zrozumie, że elementem koniecznym do tego jest również uczestniczenie w kosztach wychowania dzieci. Druga strona – najczęściej matka – powinna jednak wystrzegać się kuszącej dla niektórych próby „pasożytowania” na drugim rodzicu. Jest to zjawisko karygodne i destrukcyjne w dłuższym terminie i dla jej psychiki. Stanowi również paskudny przykład dla dzieci.
Jeśli chcecie porozmawiać o alimentach lub macie inny problem dotyczący prawa rodzinnego, zapraszam serdecznie do kontaktu!

EFEKT TRUMPA – O SKUTKACH DLA JAKOŚCI NEGOCJACJI I RELACJI
Donald Trump jest doskonałym przypadkiem do omawiania rozmaitych form podejścia do relacji i negocjacji. Jego styl daje nam doskonałe case study, które wykorzystać możemy czasem ku przestrodze, a czasem jako przykład świetnie zastosowanych technik i strategii niekonwencjonalnych. Nie trzeba Trumpa lubić, ani popierać, ale nie sposób przejść obok niego obojętnie. To samo dotyczy jego stylu negocjacyjnego. Chciałem tylko zastrzec, że nie odnoszę się w żadnej mierze do jego poglądów, anie kierunków polityki. Omawiam jego działania wyłącznie z punktu widzenia strategii negocjacyjnych.
Nie da się czegoś zmienić niczego nie zmieniając
Jest to prawda, która wydaje się zbyt trudna do przyswojenia dla wielu osób. Jej oczywistość jest zbyt brutalna dla tych, którzy dziwią się, czemu im nie idzie, skoro działają dokładnie tak samo od dziesiątek lat. Ludzie ci czują frustrację i szczere zdziwienie, a powolna erozja pozycji ich samych lub instytucji, którymi kierują, skłania ich do przyjmowania coraz bardziej konserwatywnego kursu. W ten sposób napędza się spirala upadku. Widać to na wszystkich poziomach życia społecznego. Ja obserwowałem to wśród przedsiębiorców, którzy chcieli działać, jak w latach 90. Widziałem niedowierzanie wybitnych Profesorów, którzy nie rozumieli, dlaczego na ich wydziałach – niegdyś prężnych i tętniących życiem, jest dzisiaj pusto, smutno i zimno.
To samo obserwuję na płaszczyźnie międzynarodowej. Nie muszę zgadzać się z Donaldem Trumpem w niczym, ale w jednym przyznam mu 100% racji. Ten facet mimo wieku, w którym ludzie – z przyczyn neurofizjologicznych, najczęściej myślą już schematycznie i nawiązują do tego, czego nauczyli się dawno temu, doskonale widzi, że stare zasady nie zapewniają mu sprawczości, a więc jest w pełni gotów na wywrócenie stolika i zmianę zasad. A to cechuje ludzi, jeśli nie wybitnych, to z pewnością nietuzinkowych.
Metanegocjacje, czyli gra dla dorosłych
Negocjacje dzielą się na te dla dorosłych i na te dla dzieci. W Polsce negocjujemy przy stoliku dla niemowląt. Jak niemowlaki negocjują niektórzy biznesmeni i politycy. Rzadko widzę w Polsce negocjatorów, którym należy się miejsce przy stoliku dla dorosłych. Jaka jest zatem różnica?
Dzieci – ludzie dość naiwni, prostoduszni, negocjują końcowy wynik. Nie zapłacę więcej, niż 98 złotych i choćby nie wiem co, nie dam nawet 1 zł więcej! Jest to styl negocjacyjny, który pozwala na realizację naszych narodowych cech. Zawsze można krzyknąć „Ja Panu nie przerywałem!” albo zrobić Rejtana. Zawsze można również rozłożyć ręce i powiedzieć „nie da się”. Dzieci, bo tak nazywam tych poczciwych i często bardzo porządnych ludzi, negocjują końcowy wynik w oparciu o dotychczasowe zasady i racje moralne. Oni wierzą, że zasady te są niezmienne i powinny być interpretowane zgodnie z wartościami moralnymi, etycznymi itp.
Takie podejście skazuje ich na poruszenie się w ograniczonej sferze możliwości, która wyznaczona jest przez obowiązujące zasady i poczucie przyzwoitości. Ludzie ci nawet nie zastanawiają się, dlaczego coś jest przyzwoite, a coś nie jest. Nie zastanawiają się, dlaczego obowiązują te, a nie inne reguły. Dlaczego nazywam ich dziećmi? Ponieważ przyjmują uroczą postawę dwuletniego dziecka, które cieszy się, że ma wybór między marchewką, groszkiem, a marchewką z groszkiem. Jego poczucie sprawczości jest zaspokojone, cieszy się, że może podjąć decyzję.
Dorośli negocjują inaczej. Prawdziwe negocjacje dotyczą samych zasad, na jakich będzie ustalona treść porozumienia. Nie kłócimy się więc o wynik konkretnego działania, ale o to, jak liczyć. Jeśli uda nam się narzucić zasady, na jakich będzie dokonywany wybór, osiągnęliśmy połowę sukcesu. Dla przykładu: Amerykanie nie musieli się bardzo obawiać wyników demokratycznych wyborów w RFN, byli bowiem uprzejmi napisać Niemcom taką konstytucję, obfitującą w tyle gwarancji i mechanizmów gwarantujących rzeczywistą demokrację, że było im właściwie obojętne, kto wygra wybory, a Niemcy – również z innych względów – pozostać musieli w orbicie Zachodu. Jeśli w spółce ustalimy zasady podziały zysku, nie będziemy musieli się o niego spierać w każdym kolejnym roku. Jeśli zasady te zabezpieczają nasze interesy, to nawet dopuszczalne przez nie marginesy możliwych wyników, i tak będą w kręgu, który akceptujemy. Jeśli napiszemy w konstytucji, że Prezydentem może być każdy, kto był prezesem IPN i ćwiczył boks, możemy być spokojni o wynik głosowania.
Tak samo wyglądał świat stworzony przez Amerykanów po II Wojnie Światowej. Amerykanie nie dlatego narzucili wolny handel i demokrację, że tak w nie wierzyli i kochali, ale dlatego, ze te właśnie zasady wolnego (z nazwy) handlu i przepływów kapitału -realizować miały ich interesy. I byli gotowi bronić ich tak długo, aż zorientowali się (zbyt późno), że te narzucone niegdyś przez nich zasady, które pół świata pokochało i uznało za swoje, już nie zaspokajają ich interesów, gdyż umożliwiają innym czerpanie większych korzyści, a to z kolei powoduje relatywne osłabienie Ameryki. Potęga i bogactwo jest bowiem zawsze względne.
Na czym polega wywrócenie stolika?
Wywrócenie stolika w negocjacjach Trumpa polega na brutalnym zanegowaniu zasad, na jakich świat do niedawna funkcjonował. Trump nie zamierza bawić się w negocjacje szczegółów w ramach starego porządku. On wywrócił stolik, zmienia sam porządek, przekreśla zasady gry i pisze je na nowo, a następnie próbuje narzucić je innym. Z pewnym politowaniem można przyjąć całkowicie reaktywną postawę innych polityków, którzy będąc bardziej amerykańscy od samych Amerykanów, nie mogą pogodzić się z tym, że starych zasad już nie ma i łudzą się, że to tylko przejściowe.
Z negocjacyjnego punktu widzenia jest to gra nad wyraz ryzykowna. Trump zachowuje się, jak wariat, który na środku jeziora zaczyna kołysać łodzią, aby wystraszyć innych pasażerów i zmusić ich do akceptacji zmienionych zasad, które oni zdążyli już uznać za swoje. Niezauważony pozostaje ten wątek, że jemu przecież nie zależy, żeby z tej łódki wypaść. A jak wypadną wszyscy inni, to komu będzie mógł narzucać swoją wolę? Póki co taktyka ta sprawdza się całkiem nieźle, bowiem strach ma wielkie oczy.
Jako negocjator dostrzegam w takim zachowaniu chęć wywrócenie stolika i chęć postawienia nowego, który będzie różnił się wielkością i składem towarzystwa, ale nie będzie to stolik jednoosobowy. Z pewnością będą przy nim obowiązywały jednak inne reguły.
Wnioski
No właśnie… widzimy, że wielu osobom taka postawa bardzo się podoba. Od Trumpa można zaczerpnąć dwie metody. Jedną jest chybotanie łodzią, system gróźb i łamanych obietnic, wprowadzanie stanu niepewności, chaosu. Niektórzy probują Trumpa w tym właśnie naśladować. I w tych wielkich negocjacjach, i w tych mniejszych. Wydaje mi się, że próby podejmowania takich zagrywek mogą zakończyć się powodzeniem jedynie przez przypadek. W zdecydowanej większości przypadków będą niosły za sobą skutki destrukcyjne dla relacji oraz dewastujące dla obszaru, który wymaga wspólnego zaopiekowania. Jeśli ktoś chciałby stosować te metody w negocjacjach rodzinnych, na przykład w sprawach dotyczących opieki nad dziećmi, musi być świadomy, że najprawdopodobniej zaszkodzi swoim dzieciom, przekreśli szanse na konstruktywny dialog i relacje z drugim rodzicem. Tego zatem najcześciej nie polecam.
Mniejsza część publiki nauczy się od Trumpa przejścia z negocjacji dziecinnych, na negocjacje dla dorosłych. Te osoby zaczną negocjować na temat samych zasad, które mają realizować ich interesy. Jest to znacznie trudniejsze, wymaga większej dojrzałości, a przede wszystkim wyobraźni. Ta metoda pozwoli jednak – być może – na stworzenie nowego mechanizmu, na którym ostatecznie wszyscy zyskają. Jeśli czegoś możemy nauczyć się od Trumpa, to właśnie tego, że jeśli nie jesteśmy lubiani na jakiejś imprezie, zamiast wszystkim naskakiwać, powinniśmy wyjść i zorganizować własną. Większą. Pamiętajmy, że poważne rozmowy dotyczą zasad przyszłego działania, a niekoniecznie samego wyniku. Jeśli jakieś zasady nam nie odpowiadają, postarajmy się je zmienić. Bez zmiany czegokolwiek nie da się czegokolwiek zmienić.
Zupełnie innym aspektem

MECENASIE, TO JEST SZALENIEC! Z NIM NIE DA SIĘ ROZMAWIAĆ
Jak często słyszę, że z kimś nie da się rozmawiać, bo to szaleniec? Jak często słyszę pomawianie kogoś o różne choroby lub zaburzenia psychiczne. Szokująco łatwo przychodzi nam dezawuowanie innych poprzez przypisywanie im różnych cech wykluczających z racjonalnej dyskusji. Jest to wytłumaczalne, bowiem przynosi nam jednocześnie dwie korzyści: poniżenie drugiej strony i możliwość zręcznego ominięcia konieczności zmierzenia się z jego argumentami. Jest to jednak najcześciej przejaw miałkości intelektualnej osoby, która się takimi argumentami posługuje.
Argumenty takie słyszymy na wszystkich poziomach dyskusji.
Wiele razy słyszałem, jak jedna ze stron konfliktu nazywała drugą wariatem lub szaleńcem. Obserwuję to na wszystkich poziomach konfliktów, przez które rozumiem spory między jednostkami (których najlepszym przykładem są rozwody), konflikty między wspólnikami lub szerzej – spory korporacyjne, lub spory między firmami, pracownikami, związkami zawodowymi, konflikty między rywalizującymi partiami politycznymi, a także między państwami. Bardzo ciekawym zjawiskiem społecznym i przedmiotem godnym analizy z punktu widzenia komunikacji w procesie negocjacji jest posługiwanie się tym argumentem, który ma uwolnić nas od konieczności zmierzenia się z argumentami drugiej strony.
Czy nigdy nie słyszeliście, jak mężczyzna w trakcie rozwodu mówi o swojej żonie – święcie przekonany o prawdziwości tych słów, że to wariatka, a jej roszczenia są oderwanie od rzeczywistości, że żyje w jakiejś urojonej rzeczywistości? Taki małżonek z największą przyjemnością podchwyci wszystkie okoliczności, które taką tezę mogą poprzeć, jak choćby to, że żona chodzi do psychologa, praktykuje jogę, medytuje, lub – najgorsze – chodzi do psychiatry i bierze psychotropy, co ma potwierdzać tezę, że nie tylko jest wariatką, ale ma to urzędowo niemal stwierdzone. Oczywiście, merytoryczna jakość takich argumentów jest niewielka, niemniej jednak stawia drugą stronę w bardzo nieprzyjemnej sytuacji.
Idźmy dalej. Ja takie argumenty słyszę od poważnych biznesmenów, którzy mówią tak o swoich partnerach biznesowych, wspólnikach, z którymi wiele lat współpracują, o swoich braciach i siostrach, rodzicach i dzieciach, z którymi prowadzą od dekad biznesy rodzinne. Im bliżej kogoś znamy, tym łatwiej jest przytoczyć z życia prywatnego argumenty na poparcie takiej tezy.
Gdyby jednak na wspólnikach się kończyło… Mało tego. Przecież połowa komentarzy o obecnym prezydencie USA – Donaldzie Trumpie sprowadza się do tego, że to szaleniec, wariat lub w najlepszym razie ruski agent (argument o takim samym zastosowaniu i w negocjacjach). Mało komu przychodzi do głowy, aby spróbować zrozumieć o co chodzi nielubianemu politykowi, jaka jest myśl leżąca u podstaw jego działania. Znacznie łatwiej nazwać go złodziejem, agentem lub wariatem. Pomijając skrajne przypadki, kiedy przecież może się tak zdarzyć, najczęściej nie ma to nic wspólnego z prawdą, a pokazuje miałkość i ograniczenia osoby, która się takimi sformułowaniami posługuje.
Dlaczego jest to skuteczne narzędzie?
Nazwanie kogoś wariatem jest skuteczne z kilku z kilku przyczyn. Po pierwsze, z przyczyn tkwiących głęboko w naszej psychice i mówiących więcej o nas samych, niż o „wariatach” jest to, że tych „wariatów” wykluczamy. Większość ludzi przyjmuje podział 0-1 na ludzi zdrowych i „wariatów”. W umyśle takiego prostego człowieka, którzy oczywiście uważa się zawsze za należącego do tych całkowicie zdrowych, świat jest prosty: ci, którzy myślą, jak wszyscy są zdrowi, a ci, którzy myślą inaczej, są chorzy. Nie ma tu miejsca na żadne odcienie szarości, jest tylko czerń i biel.
Bardzo ciekaw e jest to, że do jednego worka pakuje się chorych cierpiących np. na schizofrenię paranoidalną, depresję, bezsenność, osoby z zaburzeniami osobowości (nieraz bardzo przydanymi w biznesie lub polityce, jak psychopatia), a także osoby o rozbudowanej duchowości niechrześcijańskiej, jak choćby praktykujące jogę lub medytujące. I przysięgam, że nie wymyślam tego; sam kilka razy spotkałem się z zarzutem, kiedy ktoś tłumaczył mi, że jego żona jest kompletną wariatką, która nic nie rozumie i jest omamiona przez sektę, bo chodzi do osiedlowego klubu na jogę, a „tam proszę Pana Mecenasa, są posągi Buddy i palą jakieś kadzidła, nie wiadomo z czym, i ona już nie myśli, jak kiedyś […]”.
Problem polega a tym, że osoba, wobec której wysuwa się takie „oskarżenia” nie ma się jak bronic. Ma udowadniać, że nie jest chora psychicznie? Po pierwsze, byłoby to dla niej dość poniżające, jakieś publiczne testy byłyby daleko posuniętą i niedopuszczalną ingerencją w jej prywatność, a poza tym – nawet gdyby nic nie wykazały, to przecież zawsze można powiedzieć, że ona oszukała lekarza lub psychologa, przekabaciła go na swoją stronę lub przekupiła, a testy są stare i głupie. Znacznie łatwiej jest więc kogoś posądzić o to, że jest szaleńcem, niż się z takiego zarzutu oczyścić.
Zdaniem wielu sam fakt publicznego lub częściowo publicznego oskarżenia kogoś z nim skonfliktowanego o to, że „zwariował” pozwala automatycznie na brak szacunku, chamstwo, opryskliwość. Co więcej, pozwala bardzo łatwo wytłumaczyć wszelkie zachowania (od złości po wyniosłe milczenie i ignorowanie przytyków) jako przejawy choroby lub zaburzenia. Słyszy Pan, jak krzyczy. Wariatka! albo Widzi Pan? Nic nie odpowiada, robi ciągle swoje i nie zwraca na mnie uwagi. Wariatka! Jest to więc narzędzie tak nielogiczne, niesprawiedliwe i niespójne, że pozwana uzasadnić niesioną przez siebie tezę przez każde zachowanie.
Przede wszystkim jednak, zdaniem wielu, jeśli ktoś ma jakieś problemy psychiczne – a skoro podejrzenie padło, to pewnie coś jest na rzeczy! – to jego argumenty nie mogą być prawdziwe, jego oczekiwania nie mogą być uzasadnione, niego pretensje nie mogą wynikać z rzeczywistych zdarzeń. Oskarżenie żony o to, że jest chora psychicznie pozwala zręcznie uniknąć konieczności odniesienia się do zarzutów o przemoc fizyczną lub psychiczną. Przecież to wariatka! Wymyśliła sobie. Ona może w to wierzy, ale wszystko nieprawda.
Jakie są skutki takich oskarżeń?
Skutki posługiwania się takimi argumentami „poniżej pasa” są dewastujące dla relacji dwojga ludzi. Z natury rzeczy przekreślają one możliwość jej dobrego lub poprawnego chociaż ułożenia. Jest to tak mocny cios dobre imię, ale także integralność drugiej strony, że może ona być niechętna do jakiegokolwiek poruzmienfia z nami, co – wyjątkowo perfidnie – można wykorzystać jako potwierdzenie jej rzekomych zaburzeń.
Jak strony mogą sobie wyobrażać ułożenie dobrych relacjach między sobą w przyszłości, jeśli jedna z nich otwarcie uznała drugą za „szaleńca”, „wariata”, osobę chorą lub z poważnymi zaburzeniami? Przecież jeśli tak w istocie jest – jak uważa wiele osób – to jakiekolwiek porozumienie z taką osobą nie ma racji bytu, bo ona nawet nie rozumie jego treści, a nawet jeśli rozumie, to coś (jakaś siła fatalna) pchnie ją do złamania ustaleń.
Wysuwając takie pomówienia utrudniamy sobie samym drogę do konstruktywnego porozumienia, wbijamy klin między nas, a osobę, z którą współdzielimy problem, trudną sytuację. Co więcej, uderzamy pośrednio lub bezpośrednio w więzi tej osoby z innymi, podkopujemy zaufanie do niej, niszczymy szacunek, którym się cieszyła, uderzamy w jej relacje – np. ze wspólnymi dziećmi, najbliższa rodziną, lokalną społecznością. Może dojść do wyalienowania takiej osoby, co paradoksalnie – niczym samospełniająca się przepowiednia – może spowodować pojawienie się u niej spadku nastroju, objawów depresyjnych, kompulsywnych zachowań, stanów lękowych itd. Osoba taka może zacząć być nieufna, szukać wszędzie zagrożenia lub obmawiania jej przez innych. Stąd już jeden krok do zachowań i postaw, które rzeczywiście mogą być uznane za przejawy choroby lub zaburzenia.
O kim świadczy pomówienie o szaleństwo?
Paradoksalnie – najczęściej – takie pomówienie więcej mówi nam o tym, kto się nim posługuje. Więcej mówi nam o osobie, która takie oskarżenia wysuwa. Osoby, którym nad wyraz łatwo przychodzi szafowanie takim argumentami cechują się najczęściej dość ograniczonymi horyzontami, bardzo schematycznym myśleniem, niskim poziomem empatii i niewielkimi kompetencjami społecznymi. Osoby takie gotowe są uderzyć nieproporcjonalnie mocno, wyrządzić drugiej osobie wielką krzywdę w celu osiągnięcia swoich partykularnych korzyści, często dalece nieuzasadnionych.
Co więcej, jest to narzędzie dla leniwych, bowiem dzięki jego zastosowaniu – zdaniem takiej osoby – nie musi ona już odnosić się merytorycznie do zarzutów, twierdzeń i roszczeń drugiej strony. Zamiast się z nimi zmierzyć, próbuję zohydzić drugiego człowieka i co szczególnie irytujące, przyjmuje postawę protekcjonalną.
Wszystko byłoby proste… gdyby nie jeden niepokojący fakt. Psycholodzy i psychiatrzy, z którymi rozmawiam albo których prace czytam, w większości zgodnie twierdzą, że liczba diagnozowanych zaburzeń, a także ich gwałtowności rośnie. Pytanie oczywiście, czy jest to skutkiem lepszej „wykrywalności”, czy wzrostu liczby samych chorób, zaburzeń i dolegliwości. Fakt jest taki, że liczba osób potrzebujących pomocy psychicznej – z różnych przyczyn i w różnym zakresie – szybko rośnie. Żyjemy w środowisku coraz bardziej nieprzyjaznym człowiekowi, problemy np. z bezsennością i lękiem są coraz powszechniejsze. Coraz więcej ludzi decyduje się również na łamanie utartych schematów kulturowych, przez co automatycznie narażają się ataki tych, którzy tego nie rozumieją albo się tego boją.
Pamiętajmy jednak o jednym: sam fak, że ktokolwiek zmaga się z problemami natury psychicznej nie może go nigdy dyskredytować. To nie może być argument do ataku personalnego, szczególnie, gdy atakujący sam przyczynił się do powstania np. nerwic lub stanów lękowych u takiej osoby. Ludzie chorzy psychicznie są częścią naszego społeczeństwa. Sam fakt, że ktoś ma zdiagnozowaną jakąś jednostkę chorobą ani nie oznacza, że nie może mieć in racji w sporze z kimś, u kogo niczego [jeszcze 🙂 ] nie zdiagnozowano.
Jak możemy Wam pomóc?
Nasi prawnicy skończyli Podyplomowe Studium Psychiatrii i Psychologii Sądowej. Współpracujemy z doświadczonymi psychologami i psychiatrami. Mamy doświadczenie w sprawach, w których kwestie zdrowia psychicznego należą do centralnych punktów sporu. Wiemy, kiedy i w jaki sposób trzeba odnieść się do kwestii związanych z chorobami psychicznymi lub innymi zaburzeniami, mamy doświadczenie w obronie przed wysuwaniem takich oskarżeń, które jak wyżej opisano – są całkowicie nieuzasadnione. Wiemy też, jak uwzględnić kwestie psychologiczne w przygotowaniu planu negocjacji. W sytuacjach konfliktowych warto mieć świadomość, jak bronić się przed takimi zarzutami i jak skutecznie prowadzić negocjacje. Właśnie w tym pomagamy naszym Klientom. Zapraszamy do współpracy.
